Nie będę owijał w bawełnę — jak pierwszy raz usłyszałem o tym obiektywie, to prychnąłem. 12 milimetrów i f/1.4? Do APS-C? Serio? Kto wpadł na taki pomysł — i dlaczego jeszcze nie został zwolniony? A potem… spojrzałem na wagę. Spojrzałem na rozmiar. Włożyłem go do kieszeni bluzy. I wiesz co? Zacząłem mieć przeczucie, że ten ktoś z Sigmy to nie wariat, tylko geniusz, który pewnie właśnie dostał awans!
Sigma 12 mm f/1.4 z serii Contemporary to obiektyw, który wygląda totalnie niepozornie, ale jak przychodzi co do czeg,o to robi taką robotę, że powoduje opad szczęki. Testowałem go przez kilka dni przed premierą i… no cóż, muszę przyznać, że byłem w szoku. Pozytywnym!
Szeroko? Jasno? To chyba nie dla mnie…
Na co dzień jestem raczej fanem klasycznych ogniskowych: 28, 50, 135… może czasem coś szerzej, ale bez przesady. Kiedy więc pojawiła się zapowiedź 12 mm f/1.4, pomyślałem: „Eee, to dla tych wszystkich miłośników nocy i gwiazd, co to śpią pod namiotem i mają aplikacje do śledzenia konstelacji”. Szczególnie że akurat miałem przy sobie rewelacyjną Sigmę 17-40 mm f/1.8 Art — nową królową jasnych zoomów APS-C. Po co mi coś jeszcze szerszego?
Ale coś mnie tknęło. Przecież ten 12-milimetrowy obiektyw daje na APS-C ekwiwalent około 18–19 mm, czyli wciąż szeroko, ale bez przesady. Choć wygląda trochę jak zabawka — to jednak poważny sprzęt. Więc dałem mu szansę. I nie żałuję.
12 mm i f/1.4? Szalone połączenie!
Obiektywy szerokokątne zazwyczaj mają swoje ograniczenia. A jak dorzucimy do tego bardzo dużą jasność, to zazwyczaj wychodzi z tego szkło ciężkie, wielkie i kosztujące więcej niż weekend w Alpach. A tu Sigma zrobiła coś zupełnie innego. Zamiast Art-owego kolosa, mamy lekkiego, poręcznego malucha z serii Contemporary.

Gdybym miał obstawiać, jaki obiektyw może wyjść jako następny to… prawdopodobnie bym nie obstawiał niczego, bo Sigma zaskakuje i robi konstrukcje, o których się fotografom nie śniło!
Na rynku nie ma właściwie żadnej konkurencji. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to Samyang AF 12 mm f/2.0 — ale to jednak inna bajka, o całą przysłonę ciemniejsza. Sigma idzie w zupełnie inną stronę: ma być jasno, ma być szeroko, ma być lekko. I trzeba przyznać, że całkiem nieźle im to wychodzi. Pytanie tylko: czy ktoś naprawdę potrzebuje aż tak jasnego szerokiego kąta? Wydaje mi się, że tak. I to nie tylko astrofotografowie, ale o tym za chwilę…
Budowa – jak mrówka z siłowni
Zazwyczaj jak słyszę „f/1.4”, to spodziewam się czegoś, co wymaga specjalnego plecaka albo przynajmniej nosidła na jedno ramię. A tu? Niespodzianka. Obiektyw, który mieści się do kieszeni bluzy. Dosłownie. Jest lekki, kompaktowy – czego można chcieć więcej?
To kolejna Sigma z serii Contemporary, która została uszczelniona. W teorii — super, w praktyce — pogoda skutecznie sprawdziła to za mnie. Zamiast planowanych zdjęć nocnego nieba miałem test podczas festiwalu w deszczu. I co? Obiektyw przetrwał bez żadnego problemu.
Na obudowie nie znajdziemy fajerwerków — jest pierścień do manualnego ustawiania ostrości i Control Ring, do którego można przypisać wybraną funkcję. W wersjach Sony i Fujifilm zamiast niego jest klasyczny pierścień przysłony, więc każdy znajdzie coś dla siebie. W duecie z Canonem R10 to zestaw, który można trzymać jedną ręką, nawet na dłuższych spacerach. I to naprawdę robi różnicę.
- Minimalizm — pierścień ostrości i „Control Ring”. Nie ma tu żadnych dodatkowych przycisków, czy przełączników. Są za to uszczelnienia!
- Jeśli chcemy przełączyć się na Manual Focus – w Canonie trzeba użyć przełącznika na obudowie, lub w menu aparatu
Optyka — więcej niż dobrze
Jak coś jest małe i jasne, to zwykle oznacza kompromisy. Myślałem, że tu też tak będzie: trochę miękko, sporo winiety, może jakaś aberracja. A tu kolejna niespodzianka. Sigma wyciągnęła z tego szkła naprawdę sporo. Ostrość w centrum kadru jest świetna już od pełnego otworu przysłony. Brzegi — jak to brzegi — trochę słabsze, ale nadal zupełnie używalne.
- Korekcje wyłączone
- Korekcje włączone
Winieta? Dystorsja? Aberracja chromatyczna? Tutaj cyfrowe korekcje robią kawał dobrej roboty i skutecznie tuszują drobne niedoskonałości. No może jakieś drobne wady zostają, ale na pewno nie na poziomie „ałć dla oczu”. Jak na tak małe, jasne i tanie szkło — wynik jest rewelacyjny. Spodziewałem się, że będzie dużo gorzej.
- Tak szeroka ogniskowa, to także nietypowa perspektywa
- Może być ciekawym uzupełnieniem materiałów
Sigma 12 mm F/1.4 – dla kogo to cudo?
Na pierwszy rzut oka: dla astrofotografów. I rzeczywiście, to prawdopodobnie idealny obiektyw do nocnych pejzaży. Ale im dłużej z niego korzystałem, tym więcej widziałem zastosowań. Podróże? Tak. Miasto? Oczywiście. Architektura, wnętrza, krajobrazy? Jasne! Nawet reportaż, koncerty i wszelkie sytuacje, gdzie potrzeba szerokiego kąta i jasności — ten obiektyw daje radę.
A jeśli jesteś vlogerem, youtuberem, tiktokerem, influencerem, albo po prostu lubisz mówić do kamery — to może być Twój nowy najlepszy przyjaciel. Wyobrażam sobie go z Canonem R50V i małym gimbalem jak tworzy zestaw idealny: lekki, szeroki, jasny, z ładnym bokehem. A do tego poradzi sobie w kiepskim świetle i nie odstraszy nikogo wyglądem.

Do vlogów wydaje mi się całkiem ciekawy, lekkie rozmycie z gimbalem i aparatem jak np. Canon R50V może być świetnym zestawem vlogerskim
Podsumowując: nie taki szeroki straszny
Sigma 12 mm f/1.4 Contemporary to obiektyw, który miał być niszowym narzędziem, a okazał się zaskakująco wszechstronny. Nie jest dla każdego — i dobrze. Nie udaje, że zastąpi Ci zoomy, portretówki i wszystko w jednym. Ale jeśli wiesz, po co go potrzebujesz, to dostaniesz coś naprawdę wyjątkowego.
Mało tego: jeśli, tak jak ja, do tej pory szerokie kąty omijałeś szerokim łukiem, to może być właśnie to szkło, które zmieni Twoje podejście. Bo Sigma zrobiła coś niesamowitego — dała nam ultraszeroki kąt, światło f/1.4 i kompaktową obudowę. A wszystko to w jednym, bardzo udanym opakowaniu.
Jeśli szukasz czegoś bardziej uniwersalnego — rzuć okiem na mój test Sigmy 17–40 mm f/1.8 Art:
Sigma (znowu) przynosi światło! Sigma A 17-40 f/1.8 – czy to obiektyw idealny do APSC?











