Miałam nie polecić tej lampy. Dlaczego? Bo okazałam się amebą i nie przeczytałam instrukcji obsługi. Walczyłam z jednym mankamentem jak Napoleon z błotem pod Waterloo i… poległam. Ale na szczęście tylko na chwilę. Rozwiązanie okazało się banalne, o czym dowiecie się później. Jak reporterka GlareOne Botis 80 poradziła sobie w ogniu Fashion Weeku w Londynie? Sprawdziłam to na jednym z największych modowych poligonów.
Pierwsze wrażenia
Moja poprzednia lampa błyskowa padła w najgorszym możliwym momencie – w środku pokazu, podczas Fashion Weeku w Kopenhadze. Zostałam z wysokim ISO, zawiedzionym sercem i bez błysku. Na szczęście niedługo później w mojej skrzynce pojawiła się wiadomość od GlareOne: „mamy coś nowego, chcesz przetestować?”. I tak reporterka GlareOne Botis 80 pojechała ze mną na London Fashion Week – czyli sześciodniowy maraton pokazów, backstage’y i eventów.
W sumie zabrałam ją na dwanaście pokazów, kilka eventów i afterparty. Lampa dała radę. Błyskała wtedy, kiedy trzeba było, nie wybuchała, nie marudziła, nie mdlała ze zmęczenia. Bateria trzymała dzielnie (dużo lepiej niż reszta mojego sprzętu) – nawet przy sygnalizacji rozładowania udało mi się zrobić cały pokaz bez przestoju. To nie był czas na sentymenty – potrzebowałam narzędzia, które po prostu działa. Reporterka GlareOne Botis 80 działała. I to nieźle.
Wygląd i budowa
Lampa jest kompaktowa, ale nie sprawia wrażenia kruchej. Ma okrągłą głowicę, która daje równomierne i estetyczne światło, a do tego jest kompatybilna z modyfikatorami. Ekran? Nowoczesny, dotykowy, czytelny – na miarę XXI wieku, a nie średniowiecza. Intuicyjny w obsłudze i naprawdę wygodny. Oczywiście, w zatłoczonym tłumie potrafi zaskoczyć – ale o tym jeszcze nie teraz.
Jakość wykonania oceniam bardzo dobrze – lampa jest solidna, dobrze spasowana, nic nie trzeszczy ani nie sprawia wrażenia „budżetowego plastiku”. Za cenę, w której dostajemy 80 Ws, światło pilotujące, kompatybilność z wieloma systemami i baterię na 500 błysków – to naprawdę konkurencyjna oferta. Zwłaszcza że w zestawie dostajemy akumulator, ładowarkę, kabel USB-C, etui, odbłyśnik i statywową stopkę – czyli wszystko, czego potrzeba na start.
To najmniejszy model z linii Botis, ale niech Was to nie zmyli – wbudowany okrągły palnik to dokładnie ten sam, który znajdziecie w dużych lampach studyjnych. Dzięki temu światło jest miękkie i dobrze współpracuje z modyfikatorami. Producent zadbał też o chłodzenie – lampa nie przegrzewa się nawet przy intensywnym użyciu w dynamicznych warunkach, takich jak reportaż ślubny, eventy czy – jak w moim przypadku – modowe szaleństwo.
Odczucia z używania
GlareOne Botis 80 jest jak dobrze dobrany asystent: nie wchodzi w drogę, wie, co robić, i nie trzeba go ciągle poprawiać. Trzymałam ją głównie w górze, nad głową, przeciskając się przez tłum, balansując między modelkami, dziennikarzami i gośćmi, którzy niespodziewanie zatrzymywali się w przejściu, żeby zrobić sobie selfie z kimś znanym. Lampa waży swoje, ale nie na tyle, żeby po kilku godzinach ręka odpadała – balans między wagą a mocą jest naprawdę przyzwoity.
Dodając jeszcze słowo o ekranie – jego responsywność i jasność to duży plus. Działa płynnie, nie przycina się, a interfejs jest zrozumiały nawet bez studiowania instrukcji (choć, warto ją przeczytać). To jedno z bardziej nowoczesnych rozwiązań w tej klasie cenowej.
Za to samo użytkowanie – bez zarzutu. Szybki czas ładowania, niezawodność, bez problemu nadążała za tym, co działo się na pokazach. A działo się dużo, intensywnie i w bardzo różnych warunkach oświetleniowych. GlareOne Botis 80 nie kaprysiła, nie gubiła rytmu i nie topniała w stresie. W przeciwieństwie do mnie.
Szybkość, błysk i funkcje
Reporterka BOTIS 80 błyska mocno, celnie i kiedy trzeba – czyli dokładnie tak, jak powinna działać reporterska lampa. Czas ładowania? W granicach 1,3 sekundy przy pełnej mocy. W praktyce oznacza to, że zanim zdążysz powiedzieć „czy możesz się jeszcze raz tak odwrócić?”, lampa już jest gotowa do pracy. Zero przestojów, zero nerwowego czekania, aż coś się załaduje.
Do tego HSS działa bez zarzutu – można spokojnie fotografować w świetle dnia, bez kombinowania. TTL? W porządku, choć ja wolę manual. Ale testowałam i jedno, i drugie – GlareOne Botis 80 nie zaskakiwała ani razu, a pomiar światła był raczej z tych rozsądnych, nie „szanuję Twoją ekspozycję, ale zrobię po swojemu”.
Światło jest równe, przyjemne i – co ważne – daje się łatwo kształtować. Okrągła głowica dobrze współpracuje z modyfikatorami, a wbudowane światło pilotujące LED to fajny bonus, który przydał się przy kręceniu krótkich ujęć video, kiedy nie miałam już siły ani miejsca, żeby rozstawiać coś większego.
Do dyspozycji mamy aż 32 kanały komunikacji i 16 grup, a GlareOne Botis 80 działa zarówno w trybie MASTER, jak i SLAVE – bez problemu zintegrujesz ją z innymi lampami systemu GlareOne. Co więcej, dostępna jest wersja z uniwersalną stopką, która obsługuje aparaty Canon, Nikon, Fuji, Lumix, OM System – oraz dedykowana wersja do Sony.
Jeśli pracujesz z Canonem, docenisz kompatybilność z systemem Canon RT – pełna integracja bez dodatkowych przejściówek czy kombinacji. W zestawie z lampą dostajemy nie tylko akumulator, ładowarkę, kabel USB-C, odbłyśnik i statywową podstawkę – ale też obietnicę, że wkrótce pojawią się dodatkowe końcówki do modyfikacji światła, dopasowane do głowicy. Krótko mówiąc: Botis 80 rośnie razem z Tobą.
Porównanie z Quadralite Stroboss V1
Wcześniej korzystałam z Quadralite Stroboss V1 do Fuji – lampy, która miała całkiem przyzwoitą moc (76 Ws), fajną, okrągłą głowicę i prosty w obsłudze system sterowania Navigator X. Działała z TTL, miała światło modelujące i magnetyczny port na modyfikatory – czyli wszystko, co reporterska lampa powinna mieć na start.
Błyskała mocno, ładowała się w nieco ponad sekundę, dawała równomierne światło bez kombinowania. Ale… miała swoje humory. Czasem się przegrzewała, czasem nie chciała gadać z innymi lampami – a kiedy padła, nie zostawiła po sobie nawet „żegnaj”.
W porównaniu do niej Botis 80 to nie tylko solidniejsza konstrukcja i większa moc (80 Ws), ale też szybsze ładowanie, jaśniejszy i nowocześniejszy ekran oraz dłuższy czas pracy na jednym akumulatorze. I – co ważne – większa kompatybilność. Mogę podpiąć ją pod różne body, bez rzeźbienia z adapterami. Jeśli miałabym podsumować to jednym zdaniem: GlareOne Botis 80 to taki upgrade, który nie tylko działa – on po prostu się opłaca.
Wady
Największą wadą tej lampy… jestem ja. A konkretnie – to, że nie przeczytałam instrukcji. Dotykowy ekran, choć bardzo wygodny, okazał się zdradliwy w akcji – przez kilka dni nieświadomie zmieniałam ustawienia, zanim odkryłam przycisk blokady. Wystarczyło przytrzymać „domek”… Tak proste! Po jego aktywacji – problem zniknął.
Poza tym – trudno się przyczepić. Jeśli ktoś szuka lampy lekkiej jak piórko – to nie ten adres. Lepiej wtedy spojrzeć na GlareOne Apus 48, ale jeśli zależy Ci na solidności, dużej mocy i rozsądnych gabarytach, to GlareOne Botis 80 naprawdę trzyma poziom.
Podsumowanie
Reporterka GlareOne Botis 80 wjechała w moje życie w idealnym momencie i nie wyobrażam sobie się z nią rozstać. Przetestowana w najbardziej chaotycznych warunkach, jakie może sobie wyobrazić fotograf modowy, ani razu mnie nie zawiodła. Ma moc, ma tempo, ma sens. Tak, ekran dotykowy chwilowo mnie zaskoczył – ale teraz już nie mam jej nic do zarzucenia.
Na dodatek jest uniwersalna – pracuję na różnych systemach (Fuji i OMD), więc możliwość korzystania z tej samej lampy niezależnie od body to ogromny plus. Jeśli potrzebujesz lampy, która nie zgaśnie w połowie wydarzenia, a do tego da Ci swobodę i elastyczność w pracy – to spokojnie możesz ją wrzucić do koszyka.






















Jeden komentarz
Dzień dobry
Proszę sprawdzić i dać znać pokazując zdjęcia, jak opisana przez Panią lampa spisuje się współpracując z różnymi aparatami np: Canon, Nikon, Olympus itd.
Pytam, bo znam taką lampę z pod znaku Jinbei i miała z tym olbrzymie problemy.
Czekam na Pani test i pozdrawiam.