Setki kilometrów serpentyn. Mgły, wodospady, zorze. Południe Islandii – surowe, bajkowe, trochę nierealne. Tam właśnie ruszyłam z uczestnikami Projektu Wyprawa. Przez osiem dni nie rozstawałam się z wyjątkowym duetem z Cyfrowe Rent: Canonem R6 Mark II i obiektywem Canon RF 35 mm f/1.4 L. Ten hybrydowy zestaw dla twórców obrazu, foto i wideo, idealnie wpisał się w ten islandzki sen. A jak sobie poradził? Już opowiadam!
Islandia. Obiektywem i sercem
Islandia od dawna mnie wołała. Cichym szeptem lodowców, hukiem wodospadów, opowieściami ukrytymi w mgłach. Tajemnicza, mitologiczna. Wiedziałam, że kiedy w końcu tam trafię, będę chciała tworzyć – zarówno fotografie, jak i krótkie ujęcia filmowe.
Zastanawiałam się długo, jaki sprzęt zabrać. W końcu zapakowałam wszystko, co potrzebne, do 7-litrowej sakwy fotograficznej od Peak Design. Dwa obiektywy: Canon RF 35 mm f/1.4 L i Canon RF 85 mm f/2.0 IS STM. A do uchwytu Peak Design Capture V3 przypięłam Canona R6 Mark II – aparat, który od dawna chciałam sprawdzić w boju.
Na co dzień pracuję w systemie Sony. Ale postęp, jaki zrobił Canon, i możliwości, jakie daje dziś jego sprzęt, nie dawały mi spokoju. Chciałam się przekonać, jak poradzi sobie w zmiennym, wymagającym klimacie i podczas późniejszej obróbki obrazu.
Magia lekkości i swobody
W podróży cenię minimalizm. Lubię, gdy cały bagaż mieści się w plecaku i nie potrzebuję niczego więcej. Tym razem wszystko zmieściłam w Outdoor Backpack 25L Eclipse od Peak Design. Sprawdził się idealnie – na lotnisku, w śniegu, na wietrze i pod zorzowym niebem. Jedynym dodatkiem był aluminiowy statyw Peak Design Travel Tripod. Miałam nadzieję, że spotka się z tańczącą na niebie zorzę polarną.
Wybierając sprzęt z oferty Cyfrowe.Rent, kierowałam się wagą i gabarytem. Wiedziałam, że wyprawa będzie wymagać ode mnie elastyczności i szybkości. Canon RF 35 mm f/1.4L VCM okazał się wyborem idealnym. Niewielki jak na swoją klasę: 555 gramów, długość niecałe 10 cm, filtr 67 mm. Mieścił się perfekcyjnie w sakwie, z którą się nie rozstawałam.
Podczas wielogodzinnych trekkingów, marszu po lodowcu czy spacerów po Reykjaviku – niemal zapominałam, że mam go ze sobą. Zapięty w uchwycie Peak Design Capture V3 razem z korpusem, stał się moim przedłużeniem. To moje tegoroczne odkrycie. I już nie wyobrażam sobie fotograficznej – ani filmowej – podróży bez niego!
W obliczu żywiołów
Przyleciałam nocą. Chwilę później, już z ośmioosobową ekipą, ruszyliśmy vanem przez islandzkie pustkowia. Kadry migały za oknem jak w filmie drogi – przy prędkości 90 km/h trzeba było mieć aparat zawsze pod ręką. Przez osiem dni nie spadła na nas ani jedna kropla deszczu. A mimo to miałam okazję przetestować sprzęt w niemal każdych warunkach – od wodospadów po geotermalne mgły.
Przy Seljalandsfoss założyłam uszczelniony Canon RF 35 mm f/1.4 L. Korpus i obiektyw gotowe na spotkanie z wilgocią. Przede mną tęcza unosząca się nad rozbryzgującymi się o kamienie kroplami wody. Chciałam uchwycić szerszy plan – ludzi, przestrzeń, klimat chwili. I udało się. Uszczelnienie obiektywu zrobiło swoje. Fotografowałam mimo wilgoci, rysując światłem historię, która działa się tu i teraz. Po wszystkim wystarczyła miękka ściereczka. Kilka ruchów – i mogłam działać dalej.
Kolejne wyzwanie? Gorąca rzeka, buchająca parą prosto z jądra ziemi. Dotrzeć tam to dwie godziny trekkingu. Ale gdy stanęłam na brzegu, poczułam się jak w śnie. To była ziemia obiecana. Zmęczone ciało zanurzyło się w ciepłej wodzie, a dusza szykowała się do kolejnej opowieści.
W parze unoszącej się nad wodą Canon R6 Mark II i Canon RF 35 mm f/1.4L VCM nadal dawały radę. Obraz był ostry, klarowny, ale z zachowanym nastrojem – mglistym, intymnym, prawdziwym. Po kilku zdjęciach i krótkich ujęciach filmowych odłożyłam aparat. Reszta należała już do mnie. Tylko ja, woda i cisza.
Jeden obiektyw, dwa światy
Jako fotografka i filmowczyni szukam sprzętu, który wspiera mnie na obu polach. Tego, co pozwala działać szybko, dynamicznie, bez zbędnego szukania przycisków. Na większości islandzkich przystanków powstawały zarówno zdjęcia, jak i ujęcia filmowe. Canon RF 35 mm f/1.4 L świetnie odnalazł się w tej roli.
Dwa pierścienie – ostrości i przysłony – stały się moimi sprzymierzeńcami. Ułatwiały pracę w terenie, gdzie nie było czasu na zastanowienie. Jeden ruch dłoni wystarczał, by zmienić ekspozycję czy głębię ostrości – bez odrywania oka od wizjera, bez gubienia momentu. Pierścień przysłony pomagał mi także w sytuacjach, które wymagały refleksu. Czasem to dosłownie sekundy – światło się zmienia, chmura zasłania słońce – i trzeba reagować natychmiast.
Podczas filmowania doceniłam jeszcze jedną rzecz – płynną zmianę wartości przysłony. Bez żadnych przeskoków, bez szarpnięć w obrazie. Dzięki temu każde przejście wyglądało naturalnie, a w postprodukcji nie musiałam ustawiać kluczy ekspozycyjnych (filmowcy zrozumieją – błogosławieństwo).
Dla mnie to też coś więcej. Zaczynałam od aparatów analogowych. Tamten świat zostawił we mnie ślad – i ten obiektyw, swoją konstrukcją, przypomniał mi o tamtych początkach. Jakby zamknął klamrą wszystko to, czym dziś się zajmuję.
35 mm — spojrzenie idealne
Nasza podróż była szybka, zmienna, pełna niespodzianek. Sceny zmieniały się jak w kalejdoskopie — od ciasnego wnętrza vana, przez szerokie, surowe pejzaże, aż po intymne momenty z ludźmi. Ogniskowa 35 mm sprawdziła się wszędzie. Była uniwersalna, ale nie nudna. Tworzyła kadry z naturalnym rytmem, o przyjemnym, reportażowym charakterze.
Zarówno zdjęcia, jak i ujęcia filmowe rejestrowane w biegu, z drogi, z okna samochodu, miały w sobie symetrię i spokój. Uchwycone w locie, ale z duszą. Krajobrazy oddychały przestrzenią. Były szerokie, dzikie i czyste, a obiektyw pozwalał im rozwinąć skrzydła. Z kolei w scenach z ludźmi ogniskowa 35 mm opowiadała historię. Nie tylko twarz, ale i kontekst. Nie tylko postać, ale i świat, w którym żyje.
Ostrość jak zaklęcie
Dwa słowa, które idealnie opisują ten obiektyw: szybki i celny. Sprawdzał się zarówno w ruchu, jak i przy statycznych ujęciach. Podczas filmowania płynnie przenosił ostrość z obiektu na obiekt, z gracją wyciągając bohatera kadru z tła. Ostrość była wyrazista, krawędzie postaci rysowały się klarownie, a tło – pięknie się odklejało.
Gdy z naprzeciwka nadjeżdżał pojazd, autofocus reagował błyskawicznie. Wyostrzał w punkt i trzymał obiekt z godną podziwu precyzją, aż do ponownego wciśnięcia czerwonego przycisku „rec”. Jeśli w kadr wpadł niespodziewany gość, system tylko na chwilę tracił trop. Po momencie zawahania wracał do właściwego toru – jak dobrze wytrenowany przewodnik, który wie, za kim ma iść.
Świat światła i cienia
Jako twórczyni staram się uchwycić wielowymiarowość przestrzeni, w której się poruszam. Postrzegam świat jako nieskończony wieloplan — rzeczywistość nakłada się warstwami, głębią, relacją między tłem a pierwszym planem. Moim pragnieniem jest przełożyć te warstwy na obraz.
Pracując głównie na niskich przysłonach, takich jak f/2.8, sięgam po plastykę i miękkość. Canon RF 35 mm 1.4L, dzięki swojej optycznej konstrukcji i 11-listkowej przysłonie, pozwala z łatwością „odkleić” postać od tła, nadając obrazowi naturalny trójwymiar. Przy tym tworzy bokeh przyjemny dla oka — subtelny, nieprzesadzony, wspierający narrację kadru.
Obraz jest krystalicznie ostry, a zarazem pełen delikatności. Sprawdza się w portrecie, krajobrazie i reportażu — wszędzie tam, gdzie światła jest mało, a emocji dużo. Na niskich wartościach przysłony, w przedziale f/1.4–2.8, obiektyw z gracją przeskakuje między planami. Gdy światło zachodzącego słońca wpadnie w kadr, rozszczepia się na soczewkach w formie magicznych flar. To momenty, w których technologia łączy się z poezją obrazu.
Stabilnie przez krainę ognia i lodu
Całą podróż przemierzyłam z wynajętym duetem, kręcąc ujęcia filmowe z ręki. Zależało mi na minimalizmie — jak najmniej sprzętu, jak najwięcej swobody. Codzienne, wielogodzinne eksploracje południa Islandii wymagały lekkości.
Choć obiektyw Canon RF 35 mm 1.4L nie ma własnej stabilizacji, doskonale współpracował z matrycową stabilizacją obrazu w Canonie R6 Mark II. Dzięki temu rejestrowane z ręki ujęcia były płynne i nie wymagały późniejszej, żmudnej stabilizacji w postprodukcji.
Ten duet sprawdził się także w fotografii. Połączenie jasnego obiektywu z systemem IBIS pozwalało bez obaw pracować na dłuższych czasach naświetlania. Nawet przy niewielkiej ilości światła mogłam kontynuować tworzenie — nie rezygnując z chwili, nie tracąc nastroju.
Narzędzie, które staje się przedłużeniem ręki
Canon R6 Mark II okazał się bardzo intuicyjny i ergonomiczny. Po wielu latach pracy z systemem Sony, przejście na Canona nie sprawiło mi żadnego problemu. Szybko odnalazłam najważniejsze ustawienia i skróty — wszystko dostępne od ręki, co znacznie przyspieszało pracę.
Aparat wygodnie leży w dłoni. Po wielu godzinach fotografowania czy filmowania nie czułam zmęczenia ani napięcia mięśni. Jego gabaryty i waga są dobrze wyważone, a solidna konstrukcja zapewnia poczucie bezpieczeństwa, nawet gdy sprzęt ociera się o przeszkody na trasie.
Do zestawu dołączone baterie wytrzymują wiele godzin pracy. Dodatkowym atutem jest możliwość ładowania aparatu przez powerbank — niezwykle przydatne podczas długich podróży, z dala od źródeł prądu. Ja korzystałam z potężnego Patona PROTECT Powerbank Extreme 100 PD65W o pojemności 27 000 mAh, który towarzyszył mi przez całą wyprawę. Podobnie dobre wrażenia mam z obiektywem Canon RF 35 mm 1.4L — lekki jak na jasną optykę, solidnie wykonany i uszczelniony, o czym już wspominałam.
Gdy RAW zamienia się w opowieść
Canon R6 Mark II oferuje płaski profil C-Log.3, który wymaga precyzyjniejszej ekspozycji podczas filmowania niż C-Log.2 znany z bardziej zaawansowanych modeli Canona. Dla doświadczonego filmowca, który pamięta o dokładnym naświetleniu i użyciu filtrów szarych, C-Log.3 pozwala uchwycić obraz nawet w trudnych warunkach oświetleniowych. Daje też większą swobodę w podkręcaniu kolorów i kontrastu podczas postprodukcji.
Światło, które zapamiętam — podsumowanie
Podsumowując moją islandzką przygodę z Canonem RF 35 mm 1.4L oraz Canonem R6 Mark II – już teraz za nimi tęsknię. Po tej wyprawie wiem jedno: jeśli wybiorę system Canon, ten stałoogniskowy obiektyw na stałe zagości w mojej torbie.
To sprzęt uniwersalny – równie dobrze przenosi potęgę krajobrazów, jak i subtelność portretów. Doskonale sprawdza się w fotografii reportażowej i krajobrazowej, a także dla twórców hybrydowych, którzy łączą zdjęcia i film. Jego szybki i precyzyjny autofocus, lekkość i wytrzymałość sprawiają, że pięknie oddaje atmosferę każdej chwili. Niewielkie gabaryty pozwalają zabrać go wszędzie i błyskawicznie przygotować do pracy.
Dwa niezależne pierścienie – ostrości i przysłony – to ukłon w stronę filmowców i nostalgiczna podróż do czasów analogowych aparatów. Ten obiektyw ma charakter i daje ogrom satysfakcji, powołując do życia wiele zachwycających obrazów.


















