Canon EOS R1 to aparat, który można porównać do samurajskiego miecza (lub miecza świetlnego) – precyzyjny, majestatyczny, ale wymagający doświadczonej dłoni, by w pełni ujawnić swój potencjał. Już na wstępie chce mocno podkreślić, że nie jest to narzędzie dla każdego. Zwykły padawan, znaczy deshi, nie wykorzysta tego potencjału, ba nawet może być zawiedziony jego możliwościami! To sprzęt dla bardzo wąskiej grupy samurajów, znaczy fotografów, którzy potrzebują absolutnie najwyższych osiągów i są też gotowi wydać na to worek złotych dukatów. Czy warto? Przekonajmy się.
Sam do tego aparatu podchodziłem jak do jakiegoś ekstremalnie rzadkiego, legendarnego przedmiotu, leżącego na muzealnej półce. Wyciągając go z pudełka, czułem się jak Indiana Jones podnoszący złotą figurkę płodności w „Poszukiwaczach zaginionej Arki”. W mojej głowie trochę się kotłowało – przecież nigdy go nie kupię, bo nawet nie jest mi potrzebny… Ba! Nawet przesadnie nie chciałem go testować, bo nie widziałem sensu. Po prawie miesiącu z tym aparatem jest mi jednak dość trudno oddać go Cyfrowym. Dlaczego? No tego dowiesz się z tej recenzji.
Design i budowa – Architektura ciszy
Canon R1 wygląda jak architektoniczne dzieło sztuki – nie krzyczy swoją obecnością. Ciężko mi to jakoś lepiej opisać. Ok, nie da się ukryć, że jest spory, ale nie krzyczy przy tym „patrz na mnie!!!”. To trochę taki dżentelmen, który ma dobrze skrojony garnitur i nie musi emanować wielkimi logotypami drogich marek an ubraniach. Ten aparat jest po prostu ładny i na te gładkie linie korpusu patrzę trochę jak na meandrujący strumień.
Korpus to połączenie ergonomii i trwałości. Gdy wziąłem go po raz pierwszy do ręki, to od razu czułem tę jakość wykonania. Z jednej strony to japoński miecz, z drugiej solidny młot. No a przy tym wszystkim jest wręcz abstrakcyjnie ergonomiczny. Rozmieszczenie klawiszy, ich ułożenie wyprofilowanie całości… Istna symfonia! Tu wszystko ze sobą gra i po chwili było to przedłużenie mojej ręki. Jakby ktoś ten aparat zaprojektował specjalnie dla mnie!

Canon R3 jest niesamowicie wygodny, ale to Canon R1 wyznacza tu standardy… Nie ma drugiego tak przemyślanego aparatu!
To, co mnie najbardziej urzekło, to niezwykle prosty przełącznik, którego brak np. W Canonie R3, a który już kiedyś był… W gripach np. Do Canona 5D Mark II. Okrągły przełącznik, którym szybko można aktywować, lub dezaktywować przyciski na wbudowanym gripie. Genialne w swojej prostocie! Teraz mi tego mega brakuje w Canonie R3… Z drugiej strony – wnęka ułatwiająca otwieranie ekranu w R3-jce jest wygodniejsza. Więc nie obyło się też bez drobnych wad… Jednak jestem mu w stanie wybaczyć takie niedociągnięcie.
Sensor – Lustro wszechświata
Matryca tego aparatu jest jak gwiazda Betelgeza – pełna mocy, gotowa uchwycić każdy niuans światła! Choć oczywiście była tu też masa kontrowersji… Bo padały pytania o to dlaczego Canon postawił tu na 24-megapixelowy sensor, a nie np. 45-mpx, czy 80-mpx lub nawet 100-mpx? Osobiście liczyłem, że każdy fotograf już wie, że wojna na megapiksele nie ma sensu, ale chyba to rozwiało moje nadzieje. Ba! Nawet można natknąć się na opinie, że Canon R1 nie jest wcale flagowcem bo ma tylko 24-mpx! Jednak wbrew opinii „internetowych ekspertów” zastosowanie takiej matrycy ma sens, mnóstwo sensu!
Canon konsekwentnie realizuje swój plan i robi aparaty nie pod publikę, ale takie, które są dedykowane pod konkretne potrzeby i te potrzeby mają spełniać. Canon R1 jest dedykowany głównie fotoreporterom, fotografom sportowym. To zawody, gdzie trzeba pracować szybko i efektywnie, często w ekstremalnych warunkach oświetleniowych i pogodowych. No i tutaj ten sensor 24-mpx pokazuje, dlaczego go użyto.
Wysokie ISO mnie absolutnie pokonało. Wiedziałem, że na pewno będzie dobrze, ale jest lepiej… Po raz pierwszy w mojej karierze mogę powiedzieć, że przekroczyłem granicę ISO 100 tysięcy i dalej ta klatka jest w pełni używalna. Jak to zobaczyłem, to w mojej głowie nastąpił wybuch porównywalny z eksplozją gwiazdy. Jednak to nie było wszystko! Dodatkowo można to jeszcze odszumić bezpośrednio w korpusie przy pomocy AI. No i trzeba przyznać, że ta technologia robi to po prostu świetnie.
- ISO 12.800 – bez odszumiania
- ISO 12.800 – z odszumianiem
- wycinek 100% – ISO 12.800 – bez odszumiania
- wycinek 100% – ISO 12.800 – z odszumianiem
- ISO 102.400 – bez odszumiania
- ISO 102.400 – z odszumianiem
- wycinek 100% – ISO 102.400 – bez odszumiania
- wycinek 100% – ISO 102.400 – z odszumianiem
Jak średni format tylko lepiej
Dynamika tonalna też jest po prostu fenomenalna. Momentami wygląda to taj jakby obraz pochodził z jakiejś alternatywnej wersji świata, lub chociaż ze średniego formatu. Chciałbym się tu do czegoś przyczepić, ale szczerze nie mogę! Praca na tych plikach to po prostu przyjemność!
Właśnie, wielkość plików też ma tu ogromne znaczenie. Fotoreporterzy często muszą wysyłać pliki np. Do agencji bezpośrednio z miejsca akcji. No i to kolejna zaleta sensora z 24-mpx. Bo zamiast plików po 50 mb, 100 mb, czy 150 mb (jak u konkurencji z większą ilością pikseli), tutaj CRAW waży około 10 mb. Canon zrobił to lepiej niż dobrze, bo teraz do edytora mogą lecieć rawy, a nie jpg-i. Jestem w szoku i nie umiem powiedzieć tu niczego więcej. Po prostu szczęka opadła, a moje karty i dyski są szczęśliwsze.

Gdybym zrobił ten sam materiał zrobił np. Sony A1II to ważyłby on niecałe 600 GB, a przy Nikonie Z9 trochę ponad 300 GB (przy skompresowanych RAW-ach)
Sztuczna inteligencja z T1000
Jest tu jeszcze jedna, a nawet dwie, bardzo ciekawe funkcje! Chodzi o upscaling z AI – czyli na nasze powiększanie zdjęć. Można zwiększyć ich rozmiar aż czterokrotnie! Jeśli brakuje Ci więc MPX, to z 24 można zrobić 96 megapikseli! Nieźle prawda?
- Oryginalnie zdjęcie miało 24 MPX
- Przed i po upscalingu – 24 MPX i 96 MPX! To pozwoli na zrobienie super szczegółowej fototapety
No i to łączy się z drugą funkcją, czyli z kadrowaniem bezpośrednio w aparacie – można wybrać fragment zdjęcia, po czym powiększyć go czterokrotnie. Więc nawet jeśli znacząco zetniesz zdjęcie, to wciąż niewykluczone, że będziesz mógł je wydrukować w dużym formacie. Minusem jest jedynie to, że takie pliki zapisują się w JPG, ale z drugiej strony rozumiem, że na RAW-ie byłoby to niemożliwe.
- Obsługa wycinania jest super prosta
- Wybieramy fragment
- Możemy go zapisać bez upscallingu (w tym przypadku do 2,43 MPX)
- lub upscallować (w tym przypadku do 9,35 MPX)
- Oryginalny plik 6000×4000 px
- Wycięty i upscallowany fragment do 3744×2496 px ( 9,35 MPX)
Szybkość i brak globalnej migawki
No i elektroniczna migawka, której… Praktycznie nie wyłączałem, nawet kiedy fotografowałem z lampą błyskową! Odczyt jest piekielnie szybki, dzięki czemu nie ma tu praktycznie mowy o rollingshutterze, czy innych artefaktach. To kolejna zaleta 24 MPX, bo myślę, że przy większych matrycach nie byłoby aż tak dobrze.

Niestety zdjęć z dziecięcego turnieju tenisa nie mogę pokazać – musicie mi uwierzyć na słowo, że nawet tam nie było problemu z „jajowatą piłką” na elektronicznej migawce (a dzieciaki, mimo wieku, potrafiły już nieźle przywalić i forehendem i backhandem)
No i nie dziwię się, że Canon twierdzi, że nie potrzebuje na ten moment migawki globalnej – bo ta tu jest nie tylko niemożliwie wręcz szybka, ale i daje super niskie szumy i duży zakres dynamiczny. Po prostu globalna nie ma tu żadnego sensu, bo ich technologia nie daje jeszcze takich możliwości, a to, co Canon zrobił przy R1 to magia!
- Przy piłce nożnej
- nie było żadnych problemów z piłką
Prędkość serii
12 klatek na sekundę w trybie migawki mechanicznej nie zachwyca w dzisiejszych czasach, jednak w sumie prócz jakiś super wyjątkowych sytuacji, to nie ma sensu jej używać. Migawka elektroniczna za to jest już czystą abstrakcją – 40 klatek na sekundę i to z małym twistem…
Jest tu bowiem funkcja buforowania, która pozwala uwieczniać zdarzenia rozgrywające się na chwilę przed naciśnięciem spustu – także w formacie RAW. Zdjęcia te po prostu zapisują się na karcie jako pliki, po prostu tak jakbyśmy szybciej nacisnęli spust migawki. Fotografując z R1, czujesz się, jakbyś bawił się czasem – stopujesz chwile, które normalnie wymykałyby się ludzkiemu oku. Czy udało mi się zapchać w ten sposób buffor? Nie! Ten aparat po prostu nie pozwala na to, żeby fotograf nie złapał danej chwili.
- Zielony – miejsce wciśnięcia spustu migawki; Na niebiesko podrkeślone zdjęcia zapisane z prebufforu; Czerwony – wybrane zdjęcie z serii
- Wybrane zdjęcie z serii – tu akurat się nie spóźniłem, ale wiem ile takich sytuacji zdarzało mi się pominąć przez zbyt późne naciśnięcie spustu migawki
Instynkt drapieżnika – czyli autofocus szybki jak gepard (Dual Pixel Intelligent AF)
Autofokus w Canonie R1 to jak mnich buddyjski w klasztorze – spokojny, precyzyjny i niewzruszony wobec chaosu wokół. Nieważne, czy przed twoim obiektywem przemyka gepard, czy kropla deszczu tańczy na liściu – Canon EOS R1 praktycznie zawsze trafia w punkt i to niezależnie od warunków oświetleniowych.
- To jak ten aparat trzyma ostrość
- jest po prostu niesamowite
Ten autofocus zachowuje się trochę tak, jakby znał myśli fotografa, zanim ten zdążył je sformułować. No i poniekąd je zna, bo w wizjerze (o którym za chwilę) mamy czujniki śledzące źrenicę. Było to już w Canonie R3, jednak tu działa to po prostu lepiej – choć oczywiście warto kalibrować źrenice pod różne warunki, bo one czasem potrafią psocić. Czy to kluczowa funkcja? Nie – ale jest całkiem przyjemna i zdarzało mi się z niej korzystać szczególnie kiedy szukałem odpowiednich kadrów z rozmytymi planami.
Ten AF przewiduje przyszłość
Jednak ten autofocus potrafi więcej, bo w tym aparacie prawdopodobnie pracowały również japońskie wiedźmy i wróżki. Aparat może przewidywać przyszłość! O co chodzi? O przewidywanie akcji, czyli system, który moim zdaniem ma ogromny potencjał.
- Aparat dość dobrze „czytał grę” i ostrzył na odbierającą piłkę zawodniczkę
- Ba! Aparat wykrył nawet mocno zasłoniętą zawodniczkę i ostrzył właśnie na nią!
Mówię o tym jako potencjale, bo zdarzały się sytuacje kiedy aparat zamiast na zawodniczkę, to ostrzył na sędzię. Jednak mimo to jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak sobie radził. Czasem ostrzył na zawodniczkę, o której w ogóle bym nie pomyślał i miał rację, że to do niej trafi piłka. Przypadek? Zdecydowanie nie! Mam nadzieję wziąć ten aparat na mecz za kilka aktualizacji, bo myślę, że wtedy będzie to jeszcze lepsze.

Choć zdarzało mu się też totalnie przestrzelić i ostrzyć na kolegów fotoreporterów stojących za bandą. Mimo to – ten system ma naprawdę ogromny potencjał i z kolejnymi aktualizacjami na pewno będzie jeszcze lepiej!
Wizjer – przejrzysty jak źródlana woda
Pierwsze spojrzenie w wizjer było dla mnie przeżyciem. To nawet nie jak oglądanie Interstelara w Imaxie, to jak bycie na pokładzie statku Coopera! Jeśli jeszcze kilka lat temu ktoś obawiał się o to, że wizjer nie oddaje rzeczywistości, to tutaj nie ma po tych czasach nawet wspomnienia. Jest po prostu pięknie, czysto, wyraźnie. Ten obraz wygląda lepiej niż rzeczywistość i nie chce się odrywać od niego oczu! Po prostu miód!
Akumulator – Niewyczerpana studnia
Bateria w Canonie R1 przypomina mityczny róg obfitości – im więcej z niej korzystasz, tym bardziej zdaje się nie kończyć. Po całym dniu fotografowania miałem wrażenie, że aparat sam regeneruje energię, albo czerpiąc ją z powietrza niczym Stachursky. Co ciekawe to według CIPA, ten aparat zrobi mniej klatek niż Canon R3… Jednak rzeczywistość wygląda nieco inaczej (i to tylko potwierdza, że CIPA obecnie jest już bezużyteczna).
Fotografując zlecenia dla klientów, miałem kilka reportaży trwających 6, 7, 8, a nawet i 10 godzin. Z doświadczenia wiem, że w Canonie R3 przy takiej pracy zużyłbym spokojnie 2/3 akumulatory, a tu po 6/7 godzinach zużyłem dopiero jeden! Kolejny szok. Kiedy poszedłem na mecz, postanowiłem „przeorać” wszystkie funkcje AF-u i serii zdjęć – więc nie oszczędzałem migawki, czego efektem jest ponad 9 tysięcy klatek. Ile procent akumulatora zużyłem? Zaledwie 44%, a mróz był siarczysty (co ma ogromny wpływ na akumulator). Dla mnie to największe zaskoczenie i chyba największe gamechanger w pracy.

Czego się nie robi dla testów… Ponad 9 tysięcy klatek na jednym meczu. Często tyle nie robię w miesiąc (ani nawet trzy)!
R3 vs R1 – Starcie mitycznych tytanów?
Spotkałem się też z określeniem, że Canon R1 to w gruncie rzeczy taki Canon R3 Mark II i no nie mogę się, a na pewno nie chce, się z tym zgodzić. Biorąc do ręki Canona R1, a później Canona R3 to trochę czuję się, jakbym trzymał w ręku „baby R1”. To jest dla mnie największa i najważniejsza różnica. Bo nie da się ukryć, że Canon R3 jest jednak mniejszy i jeszcze lżejszy (i oczywiście w tym momencie sporo tańszy). To aparat bardziej przystępny, lub może przystępniejszy, mimo swojej fachowości.
Canon R3 ma również slot na kartę SD, która oczywiście ogranicza jego możliwości – jednak dzięki temu mogę zapomnieć czytnika i nic się nie stanie. Oczywiście Canon R1 jest bardziej dopracowany i jest lepszy praktycznie w każdym aspekcie. Nic zresztą dziwnego, to model nowszy i reprezentujący wyższą serię. Canon R1 jest następcą Canona 1DX Mark III – kontynuator flagowej linii, a Canon R3 nigdy tak określany nie był. Zresztą przedstawiciele Canona zawsze to podkreślali, mówiąc, że Canon R3 nie jest flagowcem (choć oczywiście „internetowi eksperci” często wiedzieli lepiej).
A jeśli chcielibyście dokładne porównanie Canona R1 z Canonem R3 to dajcie koniecznie znać w komentarzach.
Podsumowanie. Czy Canon EOS R1 jest dla Ciebie?
Przez te półtora miesiąca testów zrobiłem tym aparatem sporo różnych wydarzeń. No i było to przeżycie. Nie spodziewałem się, że ten aparat tak bardzo mi się spodoba. Zdecydowanie nie jest to sprzęt, który można ocenić jedynie przez pryzmat specyfikacji. To flagowiec z krwi i kości, który niczego nikomu nie musi udowadniać. Aparat stworzony w bardzo konkretnym celu, do bardzo konkretnej grupy ludzi. Robi dokładnie to, czego się od niego wymaga.
Jak wspomniałem, to nie jest aparat dla każdego. Trochę tak jak filharmonia, czy muzeum sztuki współczesnej, nie jest miejscem dla każdego. To narzędzie dla tych, którzy w fotografiach szukają nie tylko obrazu, ale też pewniej filozofii. Canon R1 jest jak fortepian, na którym teoretycznie może zagrać każdy, ale dopiero gdy usiądzie przy nim wirtuoz, to stworzy dzieło sztuki. Sam myślę, że nie wykorzystałem nawet połowy możliwości tego korpusu i to mnie bardzo cieszy!
Nie będę się tu rozpisywać o LAN-ie, WiFi, BT, czy nagrywaniu głosowych notatek, bo to jest standard w Canonach od lat (choć z tego co słyszałem, to inni producenci dopiero odkrywają takie możliwości). On po prostu ma wszystko, czego może chcieć zawodowy fotoreporter, czy reporter sportowy – choć oczywiście na eleganckiej kolacji też się sprawdzi (choć nie będzie to jego naturalne środowisko).
Korpus jest duży, masywny, ale nie ciąży. Masa niesamowicie użytecznych przycisków, które są rozmieszczone tak logicznie, że ciężko jest wrócić już do małego body. To serio po chwili przedłużenie ręki i myśli. Choć zabrzmi to pompatycznie, to Canon EOS R1 to więcej niż aparat – to doświadczenie, uczucie i przede wszystkim zaproszenie do rozmowy z rzeczywistością.
I ta specjalizacja jest jego największą zaletą, ale też największą wadą. Dlaczego wadą? Bo Ci, do których nie jest kierowany, mają z tym ewidentnie problem i stąd pojawiają się hasła, o tym, że nie jest to flagowiec. Jednak Canon zrobił coś, na co nie stać innych producentów i zamiast robić korpusy do wszystkiego i jednocześnie niczego, to robi korpusy z określoną filozofią dla określonej grupy odbiorców. Chcesz dużo megapikseli – weź Canona R5 Mark II. Chcesz dobry, uniwersalny i mały aparat – proszę oto Canon R6 Mark II. Chcesz tanio wejść w pełną klatkę – możesz wybrać Canona R8. Szukasz czegoś bez kompromisów, z czym pojedziesz na koniec świata – tutaj jest Canon R1.
Bonus: Oko Horusa – do czego służy tajemnicze okienko na tyle obudowy?
Wielu zwróciło uwagę na tajemnicze okienko na tyle obudowy Canona R1. Powstała masa teorii, do czego to może służyć. Przyznaje, niektóre były nawet ciekawe. Inne zakrawały o teorie spiskowe. Prawda jest jednak inna. Jaką w rzeczywistości kryje w sobie funkcjonalność? Prawda może Cię zaskoczyć! Ponieważ to okienko, które swoim wyglądem przypomina małe oczko aparatu, nie służy do absolutnie niczego. Przynajmniej na ten moment – choć domyślam się, że z czasem się to zmieni…







































